Szanowni Państwo! Drogie Zuchy!
Nie zapomniałyśmy o zbiórkach i o zuchach, mobilizujemy siły i zbieramy pomysły, żeby jak zawsze rozpocząć z wielkim WOW, a może ŁAŁ! Już niedługo pojawi się informacja o pierwszej zbiórce, na którą już teraz oczywiście serdecznie zapraszamy :) Szczegóły wkrótce!
Na dniach powinny zostać uzupełnione wszystkie poobozowe zaległości (zdjęcia!…) – za opóźnienia przepraszam…
Czuj!
pwd. M. Jaszczak
Dziś od rana też świeciło słoneczko, a dobre humory dopisywały. W dodatku zaraz po porządkach nadszedł moment długo wyczekiwany przez chłopaków. Nareszcie mogli zorganizować rozgrywki piłki nożnej.
Ciąg dalszy nastąpi!
Obudziło nas słoneczko – doczekałam się i wreszcie mogę to napisać! Może to właśnie dzięki temu, a może po prosu lepiej się spało, ale dziś udało nam się wyrobić na śniadanie :) A tam czekały nas bułki i parówki – awesome – turystom aż się uszy trzęsły!
Po śniadaniu, dla odmiany i w ramach przerywnika, zostały zarządzone porządki – taka nowość… Ale niestety chociaż dzieci wiedzą już dokładnie co robić, sprzątanie nadal zajmuje duuużo czasu, a w dodatku trzeba pokazać palcem, co dokładnie jest do sprzątnięcia.
Londyn jest tak ogromnym i ciekawym miejscem, że nie sposób zobaczyć wszystkiego w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Jednak na naszej liście nie mogło zabraknąć The Globe. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ akurat premierowo wystawiana była nieznana sztuka Szekspira. Jak się okazało mieliśmy jeszcze więcej szczęścia – przedstawienie było przygotowane przez znaną trupę teatralną „The tourist”. Cała akcja działa się na obozie zuchowym i przedstawiała urywki z jednego dnia. Dodatkowym smaczkiem były słynne cytaty, z innych dzieł Szekspira, płynnie przeplatane w rozmowach bohaterów. Co więcej nie tylko te cytaty, były też takie, które wcześniej padały z ust turystów :) Premiera może nie biła rekordów popularności, a na tle ówczesnych abstrakcyjnych i modernistycznych przedstawień mogła trącić myszką, ale jednocześnie miała w sobie to „coś”.
Z przedstawienia ruszyliśmy prosto na pyszny obiad (pomidorowa!), po którym trzeba było odpocząć w czasie ciszy poobiedniej. Po której z kolei nadszedł czas na kąpiel. Ba! mieliśmy zarezerwowane kąpielisko na caaaałą godzinę :) Było extra! Chociaż niektórzy w wodzie mogli być krócej, ponieważ czekała ich ostatnia próba muchomorka.
Czas kąpieli, a tym samym czas przyjemności dobiegł końca, gdy rozwiązana została zagadka Big Bena, który od dawna był w renowacji. Powód bardzo przyziemny – skończyły się finanse, robotnicy obrazili się, ponieważ na podwieczorek nie dostawali tradycyjnych ciasteczek. Spakowali więc swoje manatki i rozeszli się do domów. Dlatego właśnie my, turyści, (którzy nie mamy wcale finansów na renowację Big Bena) postanowiliśmy pomóc. Najmłodsi z nas wzięli pieniądze i stali się łowcami okazji. Ich zadaniem było zakupienie jedzenia dla robotników po jak najniższych cenach. Starsi natomiast ruszyli inwestować ostatnie pieniądze. Kupowali towary po taniości i sprzedawali z zyskiem, tak by zarobić na tym jak najwięcej. Rekordzista z wyjściowych 100 funtów uzyskał 2100 funtów (Ignacy ewidentnie ma żyłkę do interesów). Zadanie tym bardziej nie było łatwe, ponieważ ceny produktów różniły się między hurtowniami, a w dodatku zmieniały się regularnie. Mimo to sądzę, że można powiedzieć, że fundusze zostały zebrane. Ale wyssało to z nas tyle energii, że z zapałem udaliśmy się na kolację.
Wieczorem czekało nas ognisko. Takie prawdziwe, tylko w swoim gronie. Wesołe, ale i trochę smutne. Wesołe, bo obóz, bo ognisko, bo wręczona została gwiazdka (gratulacje dla Kalinki), ale i smutne, bo ostatnie ognisko i ostatni wieczór z dh. Kubą – naszym niezastąpionym Frankiem, który niestety musi wracać do Poznania. (Ale spokojnie to jeszcze nie pożegnanie, jutro jest z nami do obiadu!). Ognisko pięknie nam płonęło, a my mogliśmy śpiewać, bawić się i oceniać zachowanie (jest progres!). To było naprawdę miłe i udane ognisko.
Potem już tylko przebraliśmy się w pidżamki, umyliśmy ząbki i buźki i poszliśmy… na premierę! Premierę filmu nakręconego przez naszych kochanych harcerzy. Jestem pewna, że film wkrótce trafi do kin i zrobi prawdziwą furorę na całym świecie. A turyści będą mogli powiedzieć: „Byłam tam jak to nagrywali”, „Pożyczałem taśmę jak robili stroje” albo po prostu „Tak, tak, już to widziałem, na PRAWDZIWEJ premierze” lub „Tam gra mój brat!”.
Mimo emocji wywołanych doskonałym filmem, turystom szybko i bez problemu udało się zasnąć.
Good night!
zdjęcia – staramy się nadrobić…
Spokojnie, spokojnie :) relacja pojawi się rano lub troszkę później – za opóźnienia przepraszamy…
Za to pogoda wreszcie dopisuje!
Wczoraj zabalowaliśmy, konkretnie. Dlatego dzisiaj, nasz dzień zaczął się od śniadania, całkiem. Wstaliśmy 10 minut przed śniadaniem i podreptaliśmy prosto na nie, w pidżamkach :)
Kolejne elementy również były poprzestawiane. Po śniadaniu zamiast zabrać się za porządki skoczyliśmy pod prysznice. Przyjemna kąpiel była tym, na co wszyscy zasłużyliśmy. Ogarnięcie siebie trwało dłuższy czas – suszenie włosów, wizyty w zakładzie fryzjerskim (Frank poszerzył usługi o zaplatanie kłosa!), czy wreszcie domywanie imprezowego makijażu – to nie przelewki. Do pełnego zestawu „czyścioszka” ogłoszone zostały wielkie porządki. Porządne trzepanie wszystkiego, układanie butów i kosmetyczek na półkach – wszystko pod hasłem: „żeby ludziom żyło się lepiej…” Trzeba było też wyzbierać śmieci, które zgromadziły się tu i ówdzie w Londynie. Zaowocowało to znalezieniem np. koszulki.
Na przed południe byliśmy też zaproszeni przez Jaskiniowców do nowo otwartego spa. „SPA malinowe” powitało nas pełnym zakresem usług i profesjonalną obsługą. Wszystko było na tip top. Relaksacyjne masaże pleców i doskonałe masaże dłoni. Komplet usług dopełniał punkt tatuaży.
I tak upłynęło nam przed południe.
Po obiedzie tradycyjnie zawiązywaliśmy sadełka, a w czasie wolnym nastał czas podejścia do drugiej próby Muchomorka – próby „bez jedzenia”. Był to też moment, w którym rozpoczęliśmy naszą wizytę w Muzeum Historii Naturalnej. Turyści mieli niepowtarzalną okazję, żeby pomóc muzeum w gromadzeniu szkieletów. W każdym hotelu powstały dwie grupy (z drobnymi modyfikacjami), które „odkryły” i „wykopały” najprawdziwsze szkielety.
Przerwą w pracach była kąpiel w Tamizie, tym razem dłuższa i bardzo przyjemna – mimo raczej zimnej wody… Po kąpieli od razu udaliśmy się na stołówkę, żeby skonsumować kolację.
Najedzeni, odświeżeni, a przede wszystkim szczęśliwi turyści zabrali się do dalszej pracy. Aż miło było patrzeć jak niektórzy pracują. Rezultaty wywoływały efekt „wow”. Wszystkie szkielety były absolutnie profesjonalne, fenomenalne, fantastyczne i w ogóle fajne! Właśnie dlatego, jak przystało na turystów, zrobiliśmy sobie pamiątkowe fotki :)
Po wizycie w muzeum oceniliśmy jeszcze tylko zachowanie (trochę to trwa, bo jest nas dużo, a każdy ma prawo głosu i niektórzy chętnie to wykorzystują). Nie było źle, nie było też dobrze, było średnio. Dlatego ustaliliśmy, że jutro będzie lepszy dzień.
Good night!
Zdjęcia – comming soon
Chciałabym móc powiedzieć, że turystów obudziło słoneczko, ale obudziła ich Adele i jeszcze zrobiła rozgrzewkę… Mimo to ruchy wszyscy mieli dość ślamazarne i spóźniliśmy się na śniadanie… Potem potrzebowaliśmy jeszcze kilku chwil, żeby rozruszać mięśnie i szare komórki, tak by móc zrobić piękne porządki. Kiedy udało nam się z tym wszystkim uporać mogliśmy przejść do właściwych zajęć.
Fantastycznie się stało, że akurat w czasie naszego pobytu w Londynie, dzieje się tam tak wiele. Dziś odbywała się Olimpiada. Znicz olimpijski zapłonął rozpalony przez Jamesa Bonda, przy dźwiękach ponadczasowego hitu „We Are The Champions”. Po wylosowaniu grup przez maszynę losującą (ale naprawdę!) turyści (wraz z Jaskiniowcami, którzy brali z nami brali udział w Olimpiadzie) udali się by zmierzyć się z przygotowanymi zadaniami. Spróbowali swoich sił w dyscyplinach iście olimpijskich np. skok wzwyż, skok w dal, slalom, czy sprint oraz bardziej puszczańskich np. pchnięcie „szyszką” i bieg na trzech nogach. Znalazły się też zadania dla tych mniej zaprzyjaźnionych z ćwiczeniami fizycznymi – omnibus i zagadki. I tak pod znakiem głównie sportowym minęło nam przedpołudnie.
Po południu musieliśmy dokończyć jeszcze kilka zadań sportowych, które okazały się być na tyle wciągające, razem z grą w „Ninja”, że przed kolacją nie zdążyliśmy już nic więcej zrobić. Za to po kolacji w Londynie znów się działo.
Właśnie rozpoczął się Fashion Week, jedyny i niepowtarzalny tydzień mody. Do Londynu zjechali się najwybitniejsi projektanci, którzy zaprezentowali światu swoje najnowsze propozycje i projekty. Wprowadzili na rynek nowe trendy, rewolucyjne podejście, a przede wszystkim powiew świeżości, inspirowany… klasyką. Wszystkie kreacje zasługiwały na uznanie za must have sezonu. Dla wszystkich podążających za modą szykuje się spore czyszczenie szaf i niemalże całkowita zmiana garderoby.
Takie imprezy są bardzo wyczerpujące, dlatego jutro później wstaniemy ^^
Good night!
zdjęcia – comming soon
Dzień znów rozpoczął się raczej średnio zachęcająco, po poprzednim dniu liczyliśmy na piękne słońce, a ono schowało się za chmurami. Na szczęście z biegiem czasu przecierało się.
Przed południem turyści wstąpili do Akademii MI6 i ukończyli szkolenie na Agenta.
Udali się na zajęcia, na których poznawali podstawowe umiejętności niezbędne wszystkim „tajnos agentos”. Ćwiczyli trudną sztukę kamuflażu w terenie niezabudowanym i celność amunicją szyszkową (raz, nie zawsze, czasami, nie wciąż można było nimi rzucać!). Zmierzyli się z ćwiczeniami sprawnościowymi na szybkość i dokładność oraz trenowali swoją szybkość reakcji. Przeszli testy pamięciowe i zajęcia z szyfrologii. Mieli także okazję przećwiczyć umiejętność wcielania się w różne zawody, w końcu być agentem to być każdym i nikim. Dodatkowo jak każdy szanujący się agent szkolenie ukończyliśmy z pseudonimami operacyjnymi – ich przegląd był bardzo szeroki.Ostatecznie wszyscy zostali absolwentami Akademii.
Po obiedzie udało nam się załapać na kąpiel w jeziorze, które wcale jeziorem nie jest. Co prawda czasu dużo nie było, ale wszyscy Ci którzy wyrazili chęć zdążyli się troszkę popluskać :)
I wróciliśmy akurat na teatime, krótko po którym zadzwonił do nas sam Agent Specjalny 007 i zlecił nam misję. Stała się rzecz niesłychana – skradziono drogocenną, królewską biżuterię. Mali Agenci byli najbliżej miejsca zdarzenia, więc to im powierzono tę odpowiedzialną misję. Szybko udali się na miejsce, w którym ostatnio widziano klejnoty. Tam znaleźli ŚLAD – jeden but. Dzięki temu łatwo udało się podejrzanego wytropić i złapać na gorącym uczynku. Uzbrojeni w amunicję balonowo-wodną turyści byli niepokonani i odrobinę bezlitośni… (strzelali nawet do jeńców).
Po kolacji troszkę pośpiewaliśmy, a następnie mieliśmy ocenić zachowanie. Niestety jednak turyści byli średnio zainteresowani tym tematem, więc szybciej wylądowali w łóżkach i szybko posnęli.
W międzyczasie najwytrwalsze Muchomorki (druga próba odbyła się wieczorem w dzień odwiedzin) spróbowały swoich sił w ostatniej próbie. Mieli spędzić prawie całą godzinę w okolicy podobozu, tak żeby pozostać niezauważonym, a jednocześnie wiedzieć co się działo. Tym razem udało się tylko Mateuszowi, ale wierzymy, że przy następnym podejściu lepiej uda się zastosować sztukę kamuflażu :)
Good night!
zdjęcia… – comming soon
Co tu dużo mówić – jak było każdy wie :)
Wieczorem, po pożegnaniu rodziców turyści udali się na kolację (chociaż mało kto był głodny…), a następnie wskoczyli w mundury i wybrali się na Mszę Świętą. Wzorem zeszłego tygodnia na koniec została wielokrotnie odśpiewana piosenka „Bóg jest tu” – taki mały obozowy hit :)
Po wyczyszczeniu ząbków i przebraniu się w pidżamki turyści zaprosili Jaskiniowców i wspólnie wybrali się na seans. Po filmie zmęczeni i pełni wrażeń szybko zasnęli.
Relacja w swoim czasie – jutro niech dzieci się wykażą ;)
Czekamy w odwiedziny!
Londyn powitał nas pochmurnym i chłodnym porankiem, dlatego dla rozgrzewki turyści troszkę pobiegali. Pomogło, więc wszyscy mogli zabrać się za poranną toaletę i porządki w hotelach. Równie rozgrzewające jak bieganie było pyszne kakao zaserwowane nam dzisiaj przez kuchnię.
Niestety, po śniadaniu nad Londyn nadciągały czarne chmury – a właściwie deszczowe… Mimo to udaliśmy się na niesamowitą lekcję w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. W czasie jej trwania mieszkańcy londyńskich hoteli mieli okazję stworzyć swoją własną figurę – prawie woskową. Tworzyli i tworzyli, przekonując się, że nie jest to wcale taka prosta sprawa. Trzeba przecież pamiętać o takich szczegółach jak głowa, czy ręce. Gotowe figury stanęły w zaszczytnych miejscach w Londynie tuż przed hotelami, dołączając w ten sposób do najbardziej znanych postaci. Niestety w czasie tych zajęć zaczęło lekko kropić, a deszczyk ten zamienił się w regularny deszcz trwający cały dzień… Właśnie dlatego turyści spotkali się w clubhouse’ie, gdzie spędzili pozostały czas do obiadu grając w mafię i wisielca, a także śpiewając i pląsając.
Po obiedzie, ze względu na utrzymującą się ulewę, wyjątkowo była cała godzina dla słoninki. Następnie turyści wybrali się do londyńskiego kina, mieli grać film o typowych anglikach, ale 10h oczekiwania to dość dużo. Zdecydowaliśmy się więc na Harrego Pottera, który akurat był w repertuarze :) Wszyscy liczyli, że gdy skończymy oglądać będzie już po wszystkim – niestety deszcz nie ustawał. Nawet wtedy, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę na kolację. Właśnie dlatego guide Lizzy podjęła decyzję, że turyści położą się dziś wcześniej spać – wygrzeją się w łóżeczkach i nabiorą sił. Bo jutro też jest dzień i w dodatku nie ma padać! :)
Hotele na szczęście (jeszcze przed naszym przyjazdem), zostały wyposażone w plandeki i nie przeciekają. Co więcej we wszystkich hotelach udało się doprowadzić do takiej sytuacji, w której nic nie leży na ziemi!
Teraz śpimy i ciepło się trzymamy – Frank dokonał niemożliwego i dokładnie zasznurował namioty, nawet tam, gdzie nie było czym, a Lizzy i Adele zrobiły z dzieci „kanapki”, z których praktycznie nie da się wyplątać.
Dzisiaj nie podeszliśmy do drugiego etapu „Muchomorka” – próba nie jedzenia została odroczona, ponieważ wydawała się być zbyt okrutna w czasie wizyty w kinie. Ale nic nie stracone – Ci którzy przetrwali próbę milczenia podejdą do niej (najprawdopodobniej) jutro.
zdjęcia – comming soon