About Mirosława Jaszczak



View all posts by Mirosława Jaszczak

Dzień 11, 19.07.2016

Wczoraj zabalowaliśmy, konkretnie. Dlatego dzisiaj, nasz dzień zaczął się od śniadania, całkiem. Wstaliśmy 10 minut przed śniadaniem i podreptaliśmy prosto na nie, w pidżamkach :)

Kolejne elementy również były poprzestawiane. Po śniadaniu zamiast zabrać się za porządki skoczyliśmy pod prysznice. Przyjemna kąpiel była tym, na co wszyscy zasłużyliśmy. Ogarnięcie siebie trwało dłuższy czas – suszenie włosów, wizyty w zakładzie fryzjerskim (Frank poszerzył usługi o zaplatanie kłosa!), czy wreszcie domywanie imprezowego makijażu – to nie przelewki. Do pełnego zestawu „czyścioszka” ogłoszone zostały wielkie porządki. Porządne trzepanie wszystkiego, układanie butów i kosmetyczek na półkach – wszystko pod hasłem: „żeby ludziom żyło się lepiej…” Trzeba było też wyzbierać śmieci, które zgromadziły się tu i ówdzie w Londynie. Zaowocowało to znalezieniem np. koszulki.

Na przed południe byliśmy też zaproszeni przez Jaskiniowców do nowo otwartego spa. „SPA malinowe” powitało nas pełnym zakresem usług i profesjonalną obsługą. Wszystko było na tip top. Relaksacyjne masaże pleców i doskonałe masaże dłoni. Komplet usług dopełniał punkt tatuaży.

I tak upłynęło nam przed południe.

Po obiedzie tradycyjnie zawiązywaliśmy sadełka, a w czasie wolnym nastał czas podejścia do drugiej próby Muchomorka – próby „bez jedzenia”. Był to też moment, w którym rozpoczęliśmy naszą wizytę w Muzeum Historii Naturalnej. Turyści mieli niepowtarzalną okazję, żeby pomóc muzeum w gromadzeniu szkieletów. W każdym hotelu powstały dwie grupy (z drobnymi modyfikacjami), które „odkryły” i „wykopały” najprawdziwsze szkielety.

Przerwą w pracach była kąpiel w Tamizie, tym razem dłuższa i bardzo przyjemna – mimo raczej zimnej wody… Po kąpieli od razu udaliśmy się na stołówkę, żeby skonsumować kolację.

Najedzeni, odświeżeni, a przede wszystkim szczęśliwi turyści zabrali się do dalszej pracy. Aż miło było patrzeć jak niektórzy pracują. Rezultaty wywoływały efekt „wow”. Wszystkie szkielety były absolutnie profesjonalne, fenomenalne, fantastyczne i w ogóle fajne! Właśnie dlatego, jak przystało na turystów, zrobiliśmy sobie pamiątkowe fotki :)

Po wizycie w muzeum oceniliśmy jeszcze tylko zachowanie (trochę to trwa, bo jest nas dużo, a każdy ma prawo głosu i niektórzy chętnie to wykorzystują). Nie było źle, nie było też dobrze, było średnio. Dlatego ustaliliśmy, że jutro będzie lepszy dzień.

Good night!

Zdjęcia – comming soon

Dzień 10, 18.07.2016

Chciałabym móc powiedzieć, że turystów obudziło słoneczko, ale obudziła ich Adele i jeszcze zrobiła rozgrzewkę… Mimo to ruchy wszyscy mieli dość ślamazarne i spóźniliśmy się na śniadanie… Potem potrzebowaliśmy jeszcze kilku chwil, żeby rozruszać mięśnie i szare komórki,  tak by móc zrobić piękne porządki. Kiedy udało nam się z tym wszystkim uporać mogliśmy przejść do właściwych zajęć.

Fantastycznie się stało, że akurat w czasie naszego pobytu w Londynie, dzieje się tam tak wiele. Dziś odbywała się Olimpiada. Znicz olimpijski zapłonął rozpalony przez Jamesa Bonda, przy dźwiękach ponadczasowego hitu „We Are The Champions”. Po wylosowaniu grup przez maszynę losującą (ale naprawdę!) turyści (wraz z Jaskiniowcami, którzy brali z nami brali udział w Olimpiadzie) udali się by zmierzyć się z przygotowanymi zadaniami. Spróbowali swoich sił w dyscyplinach iście olimpijskich np. skok wzwyż, skok w dal, slalom, czy sprint oraz bardziej puszczańskich np. pchnięcie „szyszką” i bieg na trzech nogach. Znalazły się też zadania dla tych mniej zaprzyjaźnionych z ćwiczeniami fizycznymi – omnibus i zagadki. I tak pod znakiem głównie sportowym minęło nam przedpołudnie.

Po południu musieliśmy dokończyć jeszcze kilka zadań sportowych, które okazały się być na tyle wciągające, razem z grą w „Ninja”, że przed kolacją nie zdążyliśmy już nic więcej zrobić. Za to po kolacji w Londynie znów się działo.

Właśnie rozpoczął się Fashion Week, jedyny i niepowtarzalny tydzień mody. Do Londynu zjechali się najwybitniejsi projektanci, którzy zaprezentowali światu swoje najnowsze propozycje i projekty. Wprowadzili na rynek nowe trendy, rewolucyjne podejście, a przede wszystkim powiew świeżości, inspirowany… klasyką. Wszystkie kreacje zasługiwały na uznanie za must have sezonu. Dla wszystkich podążających za modą szykuje się spore czyszczenie szaf i niemalże całkowita zmiana garderoby.

Takie imprezy są bardzo wyczerpujące, dlatego jutro później wstaniemy ^^

Good night!

zdjęcia – comming soon

Dzień 9, 17.07.2016

Dzień znów rozpoczął się raczej średnio zachęcająco, po poprzednim dniu liczyliśmy na piękne słońce, a ono schowało się za chmurami. Na szczęście z biegiem czasu przecierało się.

Przed południem turyści wstąpili do Akademii MI6 i ukończyli szkolenie na Agenta.
Udali się na zajęcia, na których poznawali podstawowe umiejętności niezbędne wszystkim „tajnos agentos”. Ćwiczyli trudną sztukę kamuflażu w terenie niezabudowanym i celność amunicją szyszkową (raz, nie zawsze, czasami, nie wciąż można było nimi rzucać!). Zmierzyli się z ćwiczeniami sprawnościowymi na szybkość i dokładność oraz trenowali swoją szybkość reakcji. Przeszli testy pamięciowe i zajęcia z szyfrologii. Mieli także okazję przećwiczyć umiejętność wcielania się w różne zawody, w końcu być agentem to być każdym i nikim. Dodatkowo jak każdy szanujący się agent szkolenie ukończyliśmy z pseudonimami operacyjnymi – ich przegląd był bardzo szeroki.Ostatecznie wszyscy zostali absolwentami Akademii.

Po obiedzie udało nam się załapać na kąpiel w jeziorze, które wcale jeziorem nie jest. Co prawda czasu dużo nie było, ale wszyscy Ci którzy wyrazili chęć zdążyli się troszkę popluskać :)

I wróciliśmy akurat na teatime, krótko po którym zadzwonił do nas sam Agent Specjalny 007 i zlecił nam misję. Stała się rzecz niesłychana – skradziono drogocenną, królewską biżuterię. Mali Agenci byli najbliżej miejsca zdarzenia, więc to im powierzono tę odpowiedzialną misję. Szybko udali się na miejsce, w którym ostatnio widziano klejnoty. Tam znaleźli ŚLAD – jeden but. Dzięki temu łatwo udało się podejrzanego wytropić i złapać na gorącym uczynku. Uzbrojeni w amunicję balonowo-wodną turyści byli niepokonani i odrobinę bezlitośni… (strzelali nawet do jeńców).

Po kolacji troszkę pośpiewaliśmy, a następnie mieliśmy ocenić zachowanie. Niestety jednak turyści byli średnio zainteresowani tym tematem, więc szybciej wylądowali w łóżkach i szybko posnęli.

W międzyczasie najwytrwalsze Muchomorki (druga próba odbyła się wieczorem w dzień odwiedzin) spróbowały swoich sił w ostatniej próbie. Mieli spędzić prawie całą godzinę w okolicy podobozu, tak żeby pozostać niezauważonym, a jednocześnie wiedzieć co się działo. Tym razem udało się tylko Mateuszowi, ale wierzymy, że przy następnym podejściu lepiej uda się zastosować sztukę kamuflażu :)

Good night!

 

zdjęcia… – comming soon

Dzień 8, 16.07.2016

Co tu dużo mówić – jak było każdy wie :)

Wieczorem, po pożegnaniu rodziców turyści udali się na kolację (chociaż mało kto był głodny…), a następnie wskoczyli w mundury i wybrali się na Mszę Świętą. Wzorem zeszłego tygodnia na koniec została wielokrotnie odśpiewana piosenka „Bóg jest tu” – taki mały obozowy hit :)

Po wyczyszczeniu ząbków i przebraniu się w pidżamki turyści zaprosili Jaskiniowców i wspólnie wybrali się na seans. Po filmie zmęczeni i pełni wrażeń szybko zasnęli.

 

Dzień 7, 15.07.2016

Relacja w swoim czasie – jutro niech dzieci się wykażą ;)

 

Czekamy w odwiedziny!

Dzień 6, 14.07.2016

Londyn powitał nas pochmurnym i chłodnym porankiem, dlatego dla rozgrzewki turyści troszkę pobiegali. Pomogło, więc wszyscy mogli zabrać się za poranną toaletę i porządki w hotelach. Równie rozgrzewające jak bieganie było pyszne kakao zaserwowane nam dzisiaj przez kuchnię.

Niestety, po śniadaniu nad Londyn nadciągały czarne chmury – a właściwie deszczowe… Mimo to udaliśmy się na niesamowitą lekcję w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. W czasie jej trwania mieszkańcy londyńskich hoteli mieli okazję stworzyć swoją własną figurę – prawie woskową. Tworzyli i tworzyli, przekonując się, że nie jest to wcale taka prosta sprawa. Trzeba przecież pamiętać o takich szczegółach jak głowa, czy ręce. Gotowe figury stanęły w zaszczytnych miejscach w Londynie tuż przed hotelami, dołączając w ten sposób do najbardziej znanych postaci. Niestety w czasie tych zajęć zaczęło lekko kropić, a deszczyk ten zamienił się w regularny deszcz trwający cały dzień… Właśnie dlatego turyści spotkali się w clubhouse’ie, gdzie spędzili pozostały czas do obiadu grając w mafię i wisielca, a także śpiewając i pląsając.

Po obiedzie, ze względu na utrzymującą się ulewę, wyjątkowo była cała godzina dla słoninki. Następnie turyści wybrali się do londyńskiego kina, mieli grać film o typowych anglikach, ale 10h oczekiwania to dość dużo. Zdecydowaliśmy się więc na Harrego Pottera, który akurat był w repertuarze :) Wszyscy liczyli, że gdy skończymy oglądać będzie już po wszystkim – niestety deszcz nie ustawał. Nawet wtedy, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę na kolację. Właśnie dlatego guide Lizzy podjęła decyzję, że turyści położą się dziś wcześniej spać – wygrzeją się w łóżeczkach i nabiorą sił. Bo jutro też jest dzień i w dodatku nie ma padać! :)

Hotele na szczęście (jeszcze przed naszym przyjazdem), zostały wyposażone w plandeki i nie przeciekają. Co więcej we wszystkich hotelach udało się doprowadzić do takiej sytuacji, w której nic nie leży na ziemi!

Teraz śpimy i ciepło się trzymamy – Frank dokonał niemożliwego i dokładnie zasznurował namioty, nawet tam, gdzie nie było czym, a Lizzy i Adele zrobiły z dzieci „kanapki”, z których praktycznie nie da się wyplątać.

Dzisiaj nie podeszliśmy do drugiego etapu „Muchomorka” – próba nie jedzenia została odroczona, ponieważ wydawała się być zbyt okrutna w czasie wizyty w kinie. Ale nic nie stracone – Ci którzy przetrwali próbę milczenia podejdą do niej (najprawdopodobniej) jutro.

zdjęcia – comming soon

Dzień 5, 13.07.2016

Rano siąpiło z nieba, więc nie było rozgrzewki – taki prezent od pogody. Poranek upłynął nam pod znakiem „przyjeżdża sanepid” – szalone porządki, dzięki którym w hotelach zapanował prawdziwy ład. Chociaż niestety trwało to i trwało. Następnie spotkaliśmy się, żeby ocenić zachowanie za poprzedni dzień.

Kiedy zaległości zostały już nadrobione turyści udali się na drobne londyńskie stragany, żeby nabyć 4 produkty ze swojej listy zakupów. Jak to bywa z handlarzami trzeba było wymieniać towary i wykonywać drobne prace różne. Zakupy wszystkim poszły sprawnie i jeszcze przed obiadem turyści wyposażeni byli w rolki po papierze toaletowym, folię, cekiny i tekturę. tylko, że jeszcze nie wiedzieli po co im to wszystko…

Po obiedzie i tradycyjnym „pół godziny dla słoniny” oraz czasie wolnym, na którym sprzęt sportowy jak i sprawności są intensywnie wykorzystywane przyszedł czas na „czyścioszka”. Turyści zwiedzili prysznice, pod którymi była naprawdę ciepła woda! Nareszcie można było dokładnie się wyszorować i wymyć włosy. Dodatkowo niektórzy musieli uskutecznić pranie majtek i skarpet – tak, żeby móc chodzić w czystych do odwiedzin (ufka, że to już w SOBOTĘ, bo nie trzeba było nie wiadomo ile prać…).

I tacy idealnie czyści odgadliśmy hasło z wisielca i znów trzeba było iść jeść. Po kolacji z zakupionych wcześniej materiałów każdy wykonał przepiękną lornetkę. Dzięki temu turyści będą mogli jeszcze lepiej zwiedzać London i dostrzegać nawet te oddalone szczegóły :). Potem już tylko śpiewanki, „cała Anglia czyta dzieciom” i oceny zachowania. No i można było iść spać.

Warto też wspomnieć, że co dzielniejsze Zuchy podjęły się zdawania sprawności „Muchomorka” i dziś przeszli pierwszą próbę – próbę milczenia. Niektórym udało się nie wydawać z siebie żadnych dźwięków przez całą godzinę. Wielkie gratki! Jutro próba (nie)jedzenia… Zobaczymy ile osób wytrwa :)

Sleep well!

zdjęcia – comming soon

Dzień 4, 12.07.2016

Dzień zaczął się niezbyt optymistycznie, do typowej londyńskiej pogody brakowało tylko lekkiej mżawki… Na szczęście wzorem lat ubiegłych z biegiem czasu „przecierało się” i w ostatecznym rozrachunku pogoda była naprawdę udana :)

Młodzi turyści „już” po zrobieniu porządków udali się na 221B Baker Street, żeby zwiedzić muzeum Sherlocka Holmesa i zapoznać się z jego historią. Ale oprócz poznania genialnego detektywa, turyści zgłębili tajniki sztuki dedukcji. Co więcej, dokładnie przećwiczyli tę trudną sztukę podczas wielu zabaw, w których musieli zauważać najdrobniejsze szczegóły. Niczym prawdziwy Sherlock Holmes. Chwycili też za lupy i dokładnie obejrzeli własną skórę i włosy, porównali strukturę piasku i ziemi, ale największym zainteresowaniem cieszyła się gąsienica. Oczywiście przed południem nie zabrakło też biegania i pląsów na łonie natury, jak wszystko tutaj :)

Po południu znów udaliśmy się na tor – niby ten sam, ale inny – lekko przeniesiony. I znów było bieganie i pełna radość z kierownicą w rękach. Tym razem nawet guide Lizzy chwyciła za kierownicę i śmigała razem z turystami pożyczonym BMW. Kiedy już wszyscy się troszkę wyszaleli wróciliśmy do Londynu, zbliżał się teatime. Jednak to co zastaliśmy w Londynie nie mieściło nam się w głowach. Poprzewracane ławki, porozrzucane papiery i porozwalane bibuły po całym terenie. Nawet śpiewniki przewodników wylądowały na ziemi… Ale naprawdę najgorsze było to, że w tym całym bałaganie był pusty kartonik po jeżykach i dwa papierki po tych batonikach. Wniosek prosty – ktoś ukradł nasze podwieczorki!!!

Od razu turyści przystąpili do działań, w końcu sztukę dedukcji zdążyli już opanować niemalże do perfekcji. Na szczęście znalazło się dwóch świadków całego zajścia, którzy potrafili wskazać kierunek ucieczki porywaczy podwieczorków. Żeby nie tracić czasu turyści rozdzielili się na dwa teamy. Ekipa złożona z młodszej młodzieży od razu udała się w pościg. Starsza część natomiast została, żeby dokładnie zbadać wszystkie ślady i przesłuchać świadków. W ruch poszły więc lupy i wszelkie techniki przesłuchiwań. Niestety zeznania świadków nie były spójne. Według jednego z nich porywaczami była kobieta i mężczyzna, według drugiego nastolatek i mężczyzna około 30. Pierwszy świadek twierdził, że byli ubrani w spodnie z dużymi kieszeniami, a drugi utrzymywał, że jeden był w kąpielówkach, a drugi w dzwonach… No i wiele innych takich kwiatków… Kiedy już wszystkie dowody zostały zabezpieczone, starsza ekipa ruszyła śladami młodszej i porywaczy.

W tym samym czasie ekipa ścigająca pędziła ile sił w nogach, a wszystko co, znaleźli i wydawało im się ważne, a jednocześnie mogłoby opóźnić pościg zostawiali w formie zadań, dla starszych kolegów i koleżanek. I w ten oto sposób udało nam się odszyfrować listę zakupów naszych złodziei (ale kto normalny szyfruje listę zakupów?). Dalej już było prosto, ponieważ pościg zakończył się niepowodzeniem – ślady się skończyły i obie ekipy detektywistyczne spotkały się w pół drogi. Trochę podłamani, ale gdzieś w serduszkach pocieszani myślą, że w Tourist office schowane są cukierki na czarną godzinę.

Czas na poszukiwaniach tak szybko minął, że kiedy wróciliśmy do Londynu był już czas na kolację. Wyglądało na to, że naprawdę zostanie nam obejście się smakiem jeżyków…

Po kolacji jednak ktoś zauważył podrzucony list – list od Sherlocka Holmesa! Wszystko było ukartowane! A podwieczorki do nas wróciły i mogliśmy cieszyć się ich smakiem :) Wieczorem pośpiewaliśmy jeszcze i oceniliśmy zachowanie, ale zaległe, za dzień z ogniskiem. Podsumowanie tego dnia zostawiliśmy na rano.

zdjecia – comming soon

Dzień 3, 11.07.2016

Obudziło nas słoneczko zapowiadające piękny dzień. Dlatego chętnie i sprawnie turyści wyskoczyli z namiotów i udali się na rozgrzewkę, żeby rozruszać kości i otworzyć oczy :) Zapowiadało się na udany dzień – i tak też było!

Po śniadanku i ogarnięciu hoteli (w międzyczasie na hotelach pojawiły się tabliczki z nazwami i gwiazdkami – oceną porządków za poprzedni dzień – mamy chwilowo 2 hotele 5. gwiazdkowe i 2 4.gwiazdkowe) turyści przystąpili do przyspieszonego kursu języka angielskiego. Na początek odnajdywali ukryte zwroty, a potem poszukiwali „specjalistów”, którzy mogli by im pomóc w tłumaczeniu. W ten sposób do naszego słownika trafiły takie sformułowania jak: excuse me, you’re welcome, thank you very much, no entry, sleep well, private i no problem. Następnym etapem było odszukanie nazw przedmiotów codziennego użytku. Turyści odkryli, że w Londynie jest całkiem sporo fiszek, dzięki którym łatwo można poznać nowe słówka i odświeżyć te, które zakopane są w czeluściach pamięci. Udało się też utrwalić je przy okazji kalamburów.

Następnie nadszedł czas na same przyjemności – wizyta na kąpielisku. Chłodna woda była przyjemną odmianą dla grzejącego słonka. Turyści z chęcią chlapali się, szurali brzuchami po piasku i generalnie dobrze się bawili. Niestety nic nie może wiecznie trwać i trzeba było zbierać się do Londynu i na obiad. Ale obiad też można zaliczyć do przyjemności – ogórkowa znikała błyskawicznie, w sporych ilościach, aż się uszy trzęsły!

Po obiedzie pogoda się zbiesiła. Do tego stopnia, że w czasie czasu wolnego, trzeba było błyskawicznie poprawiać porządki i zbierać z ziemi, to co nie powinno na niej być (np. plecaki), żeby w razie „w” nic nie zamokło. No i zgodnie z przewidywaniami nastąpiło oberwanie chmury. Padało bardzo intensywnie, ale na szczęście krótko.

Ale dzielni turyści, nie zrażeni ulewą wybrali się w daleką podróż, do odległych pryszniców. Właśnie tak – dziś nadszedł dzień kąpieli, bo wreszcie miała być ciepła woda (baza zainwestowała w nowy piec, tak żeby ciepłej wody starczyło dla wszystkich). Niestety z powodu komplikacji/ usterek technicznych woda była raczej chłodna… Nie przeszkadzało nam to jednak, ponieważ na dworze zdążyło się wypogodzić i znów słoneczko grzało :)

Kiedy już wszyscy uporali się z kąpielą spotkaliśmy się na trochę spóźnionym teatime’ie, a następnie pod wodzą przewodnika Ginny „zwiedziliśmy” kilka zabytków. Udało nam się zobaczyć Big Bena, London Eye i Buckingham Palace, a także zapoznać się z flagą Wielkiej Brytanii – Union Jackiem. I to byłby koniec atrakcji przed kolacją.

Wieczorem spotkaliśmy się z Jaskiniowcami i żołnierzami z SGC na apelu otwierającym obóz, a potem na wspólnym ognisku. Ognisku, na którym było extra! Pląsanie, zabawy i śpiew wprawiły nas w doskonałe nastroje, aż nie chcieliśmy kończyć. Dopiero zbierające się chmury i pierwsze krople deszczu sprawiły, że zakończyliśmy ognisko. No i właściwie na tym się skończyła „ulewa” – pokropiło, pogrzmiało i przeszło bokiem. A turyści poszli grzecznie spać.

 

Zdjęcia

Good night :)

pw. M. Jaszczak

Dzień 2, 10.07.2016

Zastał nas całkiem pogodny poranek :) Ale niestety to nie słonko nas obudziło, a mali turyści, którzy mieli problem z dospaniem do pobudki… A mimo to, nikt nie był na tyle obudzony, żeby sprawnie wyszykować się na śniadanie. Właśnie dlatego większość klientek salonu fryzjerskiego zostało przyjętych po śniadaniu. Po śniadaniu turyści zmierzyli się też z pierwszymi prawdziwymi porządkami. Nikt się nie oszczędzał – trzepane były łóżka, koce, materace, prześcieradła i śpiwory, trzeba było pozbyć się ściółki, która jakimś cudem trafiła do łóżek.

Kiedy wreszcie udało nam się uporać z porządkami zajęliśmy się bardzo ważną sprawą, niezbędną do poruszania się po Londynie. Zapoznaliśmy się z przepisami ruchu drogowego! I taki ważny szczególik – tutaj jest ruch lewostronny! Tyle chyba udało się zapamiętać :) Następnie każdy udał się do warsztatu i stworzył piękną kierownicę.

Jeszcze przed obiadem, w ramach odpoczynku od zajęć statycznych, ruszyliśmy na szalone gry takie jak dentysta! Zabawy było co nie miara :)

Po obiedzie nadszedł czas na „pół godziny dla słoniny” i pół godziny czasu wolnego, turyści odkryli, że drobny sprzęt sportowy zapewnia sporo rozrywki.

Po zabawach przystąpiliśmy do egzaminu praktyczneg na prawo jazdy. Chwyciliśmy za kierownice i ruszyliśmy na trasę. Był tor wyścigowy i był plac manewrowy, policjant z lizakiem, światła i mandaty. Ale parkowanie tyłem nas ominęło :) Okazało się, że praktyka wcale nie była trudna i wszystkim sprawiła wiele radości, całe mnóstwo radości. W ten sposób zleciał nam czas do kolacji.

Wieczorem udaliśmy się na świecznisko, ale szybkie i krótkie (niestety nie zdążyliśmy za dużo pośpiewać, bo wszyscy spieszyli się do strefy kibica). Mimo to zuch Nikodem otrzymał Znaczek Zucha – zasłużył i oby tak dalej, a Tymek zdobył i otrzymał dzisiaj 2 gwiazdkę – gratulujemy! :) Udało nam się dokonać też pierwszych ocen zachowania – posypało się trochę koron (5) i double deckerów (4), niestety było też kilka herbatek, ale gorzkich… (3) i 2 metra (2…). Ale herbatki i metra obiecały poprawę! Trzymamy ich za słowa.

Później już tylko błyskawiczne mycie i wszyscy gnali do strefy kibica. Jedni zmęczeni całym dniem odpadli przed końcem pierwszej połowy, a inni dotrwali do końca. Ostatecznie turyści udali się do hoteli na zasłużony sen (jedni całkiem zadowoleni, inni marudzący coś o błędzie przy karnym Błaszczykowskiego…).

Good night :)

Zdjęcia

Next page →
← Previous page